Jak ujawniła ostatnio Najwyższa Izba Kontroli, w 2001 r. nie poddano badaniu poubojowemu przez
Jak ujawniła ostatnio Najwyższa Izba Kontroli, w 2001 r. nie poddano badaniu poubojowemu przez inspekcję weterynaryjną:
- 4 237 tys. sztuk trzody chlewnej (19,4%),
- 527 tys. sztuk bydła i cieląt (27,4%),
- 71 tys. owiec (72,6%).
Z jeszcze innych danych można się dowiedzieć, że łączna ilość niezbadanych zwierząt wynosiła 9 571 tys. sztuk (dla porównania: 1999 r. - 5 510 tys. sztuk ubitych zwierząt).
Autorzy reformy administracyjnej kraju zapewniali, że w tej dziedzinie będzie lepiej, a jest coraz gorzej, nawet gorzej ... niż przed wojną, bo, jak oświadczył na łamach ˝Rzeczpospolitej˝ prof. H. Lis z Instytutu Przemysłu Mięsnego i Tłuszczowego, ˝już od 1928 r. obowiązywała u nas ustawa dotycząca badania zwierząt rzeźnych i mięsa i była ona szeroko respektowana także w przypadkach tych ubojów, które w latach 60. i 70. określano mianem ubojów gospodarczych. Ubój taki był dokonywany za wiedzą władz gminy i pracujących na jej terenie lekarzy weterynarii˝.
Obecnie natomiast sprawy te (zwalczanie chorób zwierząt i nadzór nad żywnością) podlegają powiatowemu lekarzowi weterynaryjnemu, z którym współpraca samorządów gmin i samorządów powiatów jest niedostateczna. A przecież, panie ministrze, sprawa jest ważna i poważna, rzutuje bowiem na zdrowotność obywateli. A może jest tak, jak sugeruje wymieniony już prof. H. Lis, że lekarze, skoro są biedni, to dlatego być może biorą pieniądze za badania, a ich nie rejestrują? Gdyby tak było, to ile na tym traci skarb państwa?
W związku z tym, poza wymienionym wyżej, pozwalam sobie sformułować jeszcze jedno pytanie: Co pan na to, panie ministrze?
Z poważaniem
Poseł Jan Łączny
Koszalin, dnia 19 maja 2003 r.